Archiwum roczne: 2012

Jesienna wycieczka [ok. 60 km]

Koniec października postanowił uraczyć nas jeszcze jednym (i prawdopodobnie ostatnim…) pięknym, ciepłym weekendem. Nie pozostało nam nic innego, jak ruszyć w drogę! Niestety o tej porze roku dzień jest już zdecydowanie krótszy, więc postanowiliśmy wybrać jakąś niedługą trasę. Mieszkając na południu Warszawy, udaliśmy się na samą północ naszego miasta, gdzie w ostatnich latach zaszło sporo zmian.

Jedną z nich jest nowo otwarty Most Północny, przez który zafundowaliśmy sobie przejazd. Niestety dosyć trudno było nam się połapać przy samym wjeździe, brakowało znaków i informacji (przeprawa dla rowerów znajduje się tylko po północnej stronie mostu).

Co więcej, okazało się, że droga dla rowerów, mimo że oficjalnie jeszcze nieotwarta, wyglądała już jakby miała co najmniej parę lat. Być może przenieśli ją z jakiegoś innego miejsca? Pozostaje mieć nadzieję, że jeszcze coś się tu zmieni na lepsze…

Widok z mostu na Wisłę:

Następnie skierowaliśmy się na Tarchomin, potem Henryków i Choszczówkę do Białołęki Dworskiej.

Pokręciliśmy się po okolicy, łapiąc promienie jesiennego słońca…

Z Białołęki, przez Kanał Żerański udaliśmy się na wschód, w stronę Marek.

Po drodze, minęliśmy spożywczak u Jacka ;)

Jak się okazało, przez pewien czas mieliśmy też pasażera na gapę:

Przez pola i lasy dotarliśmy do Marek.

Przejazd przez Marki nie sprawił nam zbyt wielkiej przyjemności – nawet w weekend główna ulica była cała zakorkowana, a przez te wszystkie spaliny aż trudno było oddychać. Szybko zboczyliśmy w mniejszą uliczkę, kierując się na Bródno.

Tutaj czekała nas wizyta w Parku Leśnym Bródno.

W latach międzywojennych odkryto, że tutejsza wydma to wał obronny grodziska pochodzącego z X w. Nie każdy wie, że przylegająca do niego osada stanowiła zalążek Warszawy.

Odkryto tu także ślady wczesnośredniowiecznych budynków i palenisk.

Aby przybliżyć życie ówczesnych mieszkańców grodziska, tworzony jest park archeologiczny, który ma w przyszłości zawierać także pawilon wystawienniczy oraz prezentacje multimedialne.

Będąc na Bródnie wpadliśmy jeszcze na obiad do włoskiej restauracji Bella Napoli, ale – uwaga – tym razem nie jedliśmy pizzy (!), a skusiliśmy się na spaghetti ;)

Powrót zachęcał już do szybszej jazdy (robiło się coraz zimniej). Na drugą stronę Wisły dostaliśmy się tym razem Mostem Gdańskim, a następnie pojechaliśmy Powiślem, by zakończyć wycieczkę na Ursynowie.

 

Trasa:

Pobieranie

Festiwal Kwiatów w Skierniewicach, romantyczna Arkadia i zimny finisz w Łowiczu [ok. 40 km]

Po raz drugi w tym sezonie „zdradziliśmy” Mazowsze na rzecz innego regionu. Tym razem udaliśmy się na Święto Kwiatów, Owoców i Warzyw do Skierniewic. Przy okazji zwiedziliśmy też kilka innych miejsc w województwie łódzkim.

Wysiedliśmy przy zabytkowym budynku Dworca Kolei Warszawsko-Wiedeńskiej, w stylu gotyku angielskiego. To tutaj kręcono sceny z filmu „Lalka”, na podstawie powieści Prusa. W Skierniewicach bywał także Reymont, a Ignacy Krasicki pisał swoje bajki i fraszki.

Z okazji święta otwarta została także Parowozownia, gdzie oglądać można ponad sto pojazdów. My niestety z braku czasu tym razem do niej nie zajrzeliśmy.

Przez klasycystyczną bramę z XVIII w. wjechaliśmy do Parku Miejskiego.

Mostek na rzece Skierniewce w Parku Miejskim:

Festiwal Kwiatów, Owoców i Warzyw odbywa się tutaj co roku (w Skierniewicach swą siedzibę mają bowiem Instytut Sadownictwa i Kwiaciarstwa oraz Instytut Warzywnictwa). Ulicami miasta przechodzi wtedy korowód w strojach regionalnych, na licznych straganach można kupić przeróżne nasiona, kwiaty, warzywa oraz popróbować regionalnych przysmaków.

Stoiska znajdowały się także w parku przy Pałacu arcybiskupów gnieźnieńskich* z XVII w. (siedzibie Instytutu Warzywnictwa)

oraz przy zachowanym do dziś pałacyku myśliwskim (siedzibie Instytutu Sadownictwa i Kwiaciarstwa).

Z kolei na rynku, pod Ratuszem, odbywały się występy satyryczne oraz koncerty.

Wyjeżdżając z miasta, minęliśmy jeszcze na ul. Św. Floriana „modrzewiowy dworek”, w którym mieszkała niegdyś pierwsza miłość Fryderyka Chopina, Konstancja Gładkowska.

Na naszej trasie znalazł się także Nieborów, gdzie zwiedzić można barokowy pałac, zaprojektowany nie przez nikogo innego, jak Tylmana z Gameren. Pałac ten przetrwał szczęśliwie okres II wojny światowej. Jeden z jego właścicieli, Michał Radziwiłł, stworzył tu też park w stylu francuskim. My jednak Nieborów pozostawiliśmy sobie na inną wycieczkę. Udaliśmy się natomiast do parku w stylu angielskim, stworzonego przez żonę Michała Radziwiłła, mianowicie do Arkadii.

Księżna prace nad parkiem zaczęła w 1778 r. i prowadziła je ponad 20 lat, aż do swej śmierci. Park uważany był za jeden z napiękniejszych w Europie, opisywany jako „czarodziejskie dzieło wróżki”. Na jego terenie znajduje się wiele budowli nawiązujących do antyku, np.

Świątynia Diany,

akwedukt na rzece Skierniewce,

czy Łuk Grecki przy Domu Murgrabiego.

Przybytek Arcykapłana, do którego budowy wykorzystano wiele elementów z zamku w Łowiczu:

Wewnątrz znajduje się sarkofag,

a obok Mur z Hermami:

Jeden z dwóch cylindrycznych obelisków znajdujących się na końcach Cyrku Rzymskiego (czyli toru przeznaczonego do wyścigów zaprzęgów):

„Zagadkowy” Sfinks przed Świątynią Diany:

Oprócz antyku, znaleźć tu można także obiekty w duchu romantyzmu (Domek Gotycki).

Po zwiedzeniu Arkadii okazało się, że przyszła pora obiadowa… W poszukiwaniu posiłku udaliśmy się zatem do Łowicza.

Wjeżdżając do Łowicza, minęliśmy pałac  gen. Klickiego, w którym mieści się obecnie galeria malarstwa współczesnego Zofii i Romana Artymowskich. Generał był uczestnikiem walk o niepodległość. W budynku, obok malarstwa, znajdują się także pamiątki po nim.

Po drugiej stronie ulicy, stoi (również należąca do kompleksu pałacowego) baszta.

Jednym z naszych kolejnych punktów podczas pobytu w Łowiczu była wizyta przy ruinach zamku z XIV w. (zamek zburzyli Szwedzi, później był odbudowywany i ponownie rozbierany). Niestety nie udało nam się zobaczyć zbyt wiele, ponieważ ruiny otoczone zostały wysokim płotem (stanowią obecnie własność prywatną).

Przejechaliśmy się zatem po Nowym Rynku, który jest jednym z trzech w Europie, które posiadają zachowany trójkątny kształt.** W latach 2005-06 przeprowadzono jego rewitalizację (nagrodzoną zresztą przez Towarzystwo Urbanistów Polskich).

Na ziemi, w kostce brukowej obok fontanny, odtworzono ślady fundamentów dawnego ratusza.

Z kolei przy Starym Rynku, z widokiem na Ratusz, zjedliśmy w końcu nasz obiad.

Ponieważ zrobiło się zimno, a do odjazdu pociągu zostało nam jeszcze trochę czasu, przejechaliśmy się dla rozgrzewki po parku Błonia.

Zmarznięci udaliśmy się w końcu pociągiem do domu.

 

* ostatnim rezydującym arcybiskupem był Ignacy Krasicki

** obok Paryża i Bonn

 

Trasa:

Pobieranie

Izabelin – Stare Babice na Dżesice [ok. 50 km]

W pierwszą wrześniową niedzielę wybraliśmy się na krótką przejażdżkę, głównie po to, by przetestować drugi rower Agi – Dżesikę, która stała parę lat nieużywana. Na szczęście powstała jeszcze w czasach, kiedy robiono solidne rowery, więc mimo swojego wieku spisała się wzorowo.

Na początek pozwiedzaliśmy Izabelin i trochę okolicznych lasów. Właśnie tam trafiliśmy na kładkę, na której poręczy siedziała sobie czerwona ważka.

Z Izabelina pojechaliśmy na polanę w Truskawiu, gdzie zrobiliśmy sobie małą sesję zdjęciową.

Stąd skierowaliśmy się na południe przez Stanisławów,

by potem skręcić na wschód i przez Stare Babice, następnie Bemowo i Marymont dotrzeć do metra i później do domu.

Wrażenia Agi po wycieczce:  Jechało się trochę inaczej niż na Dżastinie – dzięki większym i nieco węższym kołom, po gładkiej nawierzchni mogłam się nieźle rozpędzić, natomiast po korzeniach w lesie – czoło pochylić muszę przed Dżastinem ;)

 

Trasa:

Pobieranie

Wycieczka na wschód Mazowsza – Węgrów i Liw [ok. 90 km]

W piękną sierpniową niedzielę postanowiliśmy wybrać się na wycieczkę na wschód Mazowsza – do Węgrowa, a następnie do Liwia. W tym celu dojechaliśmy pociągiem do Łochowa i stąd skierowaliśmy się na południe. Po wygodnej drodze szybko dojechaliśmy do Starej Wsi. Dość zaskakujący widok stanowi tutejszy pałac rodem z bajek.

Jest to rezydencja Radziwiłłów z XVI w. Pałac był jednak przebudowywany, obecny kształt nadano mu w XIXw., jako typowej rezydencji angielskiej okresu elżbietańskiego. Swą siedzibę ma tu ośrodek szkoleniowy NBP.

Po drodze, zachęceni znakami informacyjnymi, chcieliśmy zobaczyć fermę strusi, niestety po podjechaniu na miejsce, okazało się, że ferma nie działa i żadnych strusi już nie ma…

W Węgrowie trafiliśmy szybko na rynek, gdzie uwagę przyciąga kościół farny. W jego wnętrzu znajduje się nie lada gratka – lustro Twardowskiego (w dodatku jest to jedno z dwóch, jakie się zachowały – drugie w Sandomierzu, nie jest udostępniane zwiedzającym). To prawdopodobnie XVI wieczne lustro pochodzi z Niemiec. Wedle legend służyło ono alchemikom do wykonywania różnych tajemniczych sztuk magicznych. Istnieje wiele legend dotyczących lustra, np. mówiąca o Napoleonie Bonaparte, który zatrzymując się w Węgrowie w trakcie wyprawy na Rosję, miał w nim zobaczyć przyszłość – czyli klęskę jego armii w Rosji. Zdenerwowany Napoleon miał uderzyć w lustro pięścią, czego ślady (pęknięcie) widać do dziś. Według niektórych, pod wpływem silnego światła, można dojrzeć na powierzchni postać kobiety i diabła…

Inną ciekawostkę na temat bazyliki stanowi fakt, iż brał tu ślub sam Lech Wałęsa z pochodzącą z tutejszych okolic Danutą.

Na rynku znajduje się też Dom Gdański, czyli dawny zajazd, jeszcze z XVIII w. Niestety w trakcie naszego pobytu w Węgrowie był całkowicie zakryty rusztowaniem… Mieści się w nim Miejska Biblioteka.

Ze względu na dopadający nas głód zmuszeni byliśmy poszukać jakichś przekąsek. Niestety na rynku brakuje knajpek. W jednej z uliczek odchodzących od rynku znaleźlilsmy jednak lokal z napisem „pizzeria”, w którym udało nam się zdobyć wymarzone hot dogi. Smakowicie wyglądały także kręcone lody włoskie, skusiliśmy się zatem również na deser. W menu „pizzerii” znajdowały się ponadto kotlety, bigos, barszcz, żurek, flaczki… Ciekawe skąd wzięła się nazwa baru…

W Węgrowie podjechaliśmy też w okolice klasztoru poreformackiego zaprojektowanego prawdopodobnie przez Tylmana z Gameren (architekta pochodzenia holenderskiego, ale pobierającego nauki w Wenecji, o którym wspominaliśmy na blogu już wielokrotnie).

Kręcąc się przy kościele usłyszeliśmy nagle głos syren strażackich, potem zauważyliśmy biegającego i wystraszonego mężczyznę, który zaczął kierować strażaków. Zebrał się oczywiście tłumek ciekawskich, czy to przypadkiem kościół nie płonie… Okazało się jednak, że zapalił się „jedynie” samochód…

 

Stara pompa uliczna przed klasztorem:

Będąc w Węgrowie obejrzeć sobie też można zabytkową drewnianą zabudowę – domy pochodzą nawet z XVIII w., inne z XIX czy początków XX w.

 

Z Węgrowa skierowaliśmy się już na Liw.

Jechaliśmy wzdłuż rzeki Liwiec, mając przed oczyma malownicze widoki.

 

Po drodze towarzyszyło nam mnóstwo bocianów. Kiedy dojechaliśmy do Liwia, krążyły także nad zamkiem, obserwując rozgrywający się tego dnia turniej rycerski.

Znając program turnieju chcieliśmy trafić na walki rycerzy, jednak kiedy dojechaliśmy do zamku, rozpoczynał się dopiero opóźniony sporo mecz. Być może spodziewaliśmy się zbyt wiele, jednak to co zobaczyliśmy, przypominało momentami bardziej odpust niż turniej rycerski… Muzyka nawiązywała w pewien sposób do tematyki, w końcu „Mortal Kombat” to też jakieś walki…  ;)

Wieża gotyckiego zamku w Liwie.

Oprócz piwa, kebabu i jarmarcznych zabawek, można było znaleźć też stoiska ze średniowieczną bronią czy monetami.

Były także strzelające armaty:

Mecz pomiędzy reprezentacją rycerzy a reprezentacją publiczności odbywał się w lnianych szatach z za długimi rękawami. O bezpieczeństwo grających zadbano zasłaniając dziury na łące deskami.

Niestety nie znamy wyniku tej zaciętej walki,

ponieważ poszliśmy zwiedzić sobie muzeum – zbrojownię, mieszczącą się w zamku.

 

Zamek z dobudowanym pod koniec XVIII w. dworem.

W Liwie ciekawym miejscem do zobaczenia jest miejscowy kościół, gdzie przy trawniku ustawione są tabliczki w oryginalny sposób zachęcające do szanowania zieleni. Możemy na nich przeczytać np. „Kto drzewka szanuje każdy go miłuje”‚, „Starsi dzieciom przykład dają: od drzeweczek z dala stają”, czy „Ani listka nie rusz bracie, bo się gniewać będą na Cię!”.

Jeżdżąc po okolicy co i rusz napotykaliśmy na naszej drodze drewniane domy, niektóre kolorowo pomalowane, inne dekorowane rzeźbieniami.

 

Jednym z ostatnich punktów na naszej trasie było wczesnośredniowieczne grodzisko. Położone jest ono ok 5 km na południe od zamku w Liwie, w miejscowości Grodzisk. Grodzisko stanowiło centrum ówczesnej sieci osadniczej na tych terenach. Istnieją przypuszczenia, że to tu znajdował się pierwotny Liw. Obszar grodziska wraz z zewnętrzną fosą to aż 5 hektarów.

Na zdjęciu widać pozostałości wałów wewnętrznych.

Niebo nad grodziskiem:

Kolejnym etapem naszej trasy był przejazd przez las i czekająca tam na nas tradycyjnie piaszczysta droga…

Po wyjeździe z lasu mijaliśmy kolejne urodziwe domy z drewna.

 

Wracając, minęliśmy też skansen w Suchej. Stanowi on muzeum architektury drewnianej regionu siedleckiego. Dwór na zdjęciu poniżej pochodzi z połowy XVIII w. Kiedy dojechaliśmy na miejsce, było już niestety za późno na zwiedzanie, zdążyliśmy jednak chwilkę przespacerować się po terenie.

Poniżej klasycystyczny dwór z 1825 r.

Podczas ostatniego odcinka trasy głód i pragnienie zaczynały nam coraz bardziej doskwierać. Niestety była już późna godzina, a w niedzielę o tej porze trudno o otwarty sklep, zwłaszcza w małych miejscowościach. Uratował nas dopiero bar w Grębkowie. Oprócz picia i przekąsek, bar oferował obcowanie z wszelakim ptactwem przechadzającym się po terenie. Posilaliśmy się zatem w towarzystwie różnych kur i gęsi.

Pojawił się nawet śliczny kurczaczek:

Pozostało nam jeszcze dojechać do Mrozów i tam złapać pociąg do Warszawy.

 

Trasa:

Pobieranie

Z Tłuszcza do Mińska Mazowieckiego [ok. 50 km]

W dzień świąteczny, mimo średniej pogody, nie mogliśmy usiedzieć w domu – rowery znowu kusiły. Widmo deszczu przekonało nas jednak do obrania w miarę krótkiej i łatwej trasy. Pojechaliśmy więc pociągiem do Tłuszcza i stąd ruszyliśmy wytyczonym wcześniej szlakiem do Mińska Mazowieckiego.

W Tłuszczu spotkaliśmy rodzinkę koni (jedną z wielu tego dnia) – jednak biedny źrebak był kontuzjowany, przez co ledwo trzymał się na nogach…

Przed wieloma domami rosły sobie piękne słoneczniki.

Niestety nie udało nam się wyjechać z Tłuszcza wcześniej wyznaczoną trasą, ponieważ okazała się nieprzejezdna. Musieliśmy więc ją trochę zmienić.

Zastępcza droga poprowadziła nas przez miejscowości takie jak Dzięcioły, Łysobyki, Cyganka – a nawet przejechaliśmy przez Królewiec ;)

Generalnie wycieczka obfitowała w spotkania ze zwierzętami różnej maści. Nad naszymi głowami bociany chyba szykowały się powoli do odlotu, bo tworzyły ogromne stada szybujące ponad polami. Bardzo dużo bocianów widzieliśmy też w gniazdach przy drodze.

W pewnym momencie pod kołami przebiegło nam coś małego. Okazało się, że to nieco spłoszona norniczka (pamiętajcie stada bocianów na niebie), którą udało nam się sfotografować, mimo że usilnie starała ukryć się wśród liści:

Przez różowy most nad jeszcze nie otwartą autostradą dotarliśmy w końcu do Mińska.

 

Tutaj odwiedziliśmy m.in. Pałac Dernałowiczów – wielokrotnie przebudowywany, aż w XIXw. uzyskał swój klasycystyczny kształt. Otoczony jest przez park ze stawami. Co ciekawe, pałac ten został opisany w jednej ze scen „Pana Wołodyjowskiego” Sienkiewicza.

W parku przy stawie tradycyjnie było pełno kaczek, tym razem w towarzystwie gołębi i kawek:

 

 

Nie mogliśmy zakończyć naszej wycieczki inaczej, jak na pizzy;)

Wyjątkowo trasa prowadziła przez wygodne drogi i szczególnie tego dnia puste szosy, nie użeraliśmy się więc z przejazdami przez krzaki, bagniste lub piaszczyste szlaki. Wróciliśmy zatem mało zmęczeni i w dobrych humorach.

 

Trasa:

Pobieranie
Strona 1 z 3123